Zobacz na Spotify Zobacz na Youtube

Włoski but szyty na miarę

Nasze polskie spojrzenie było i jest nadal skierowane na Włochy. Ta fascynacja oczywiście faluje, ma swoje lepsze i gorsze momenty, okresy ochłodzenia i żaru – ale zawsze w naszej kulturze zaznacza swoją obecność.

Nie są to wyłącznie włoskie wakacje i korzystanie z uroków słońca i mórz Italii. Jeździmy do Włoch uczyć się piękna. Sycić się niepowtarzalnym klimatem urokliwych miasteczek. Nagromadzenie zabytków i codzienne życie pośród nich skłania nas do odwiedzin: następnych i następnych, a potem jeszcze kolejnych, bo ta szklanka, z której pijemy, jest niewyczerpalna, a my – nienasyceni.

Mój pierwszy kontakt z Italią był turystyczny – od tego zaczyna się większość tych naszych miłości do Włoch. Zachwycony pejzażem wróciłem, a potem wracałem wielokrotnie, żeby patrzeć, chłonąć atmosferę, a potem również prowadzić interesy.

Lubię włoską kuchnię, cenię sobie jej prostotę, która stawia na smak, świeżość i zdrowie. Polubiłem także celebrowanie posiłków, bo to oznaka umiejętności celebrowania życia. Ciesz się słońcem, ziemią i morzem – oddychaj i poczuj smak wolności.

Owszem, tego włoskiego poczucia wolności trzeba się długo uczyć, długo się do niego przyzwyczajać. Ale kiedy wreszcie pojmiesz jego sens i uwarunkowania, przestaje ci przeszkadzać. Powiem więcej – wtapiasz się w tę wolność i zaczynasz doceniać dobrodziejstwa takiego stylu życia.

Wśród wielu pięknych miejsc na mapie Włoch szczególnie bliska memu sercu pozostaje Siena. Dziś mogę powiedzieć o sobie, że jestem sieneńczykiem, choć dla osoby z zewnątrz zostanie prawdziwym obywatelem tego miasta jest osiągnięciem niemal niemożliwym.
A jednak udało się.

Stało się tak dzięki mojej przyjaźni z prawdziwym sieneńczykiem Stefano i jego polską żoną, a jeszcze bardziej na skutek pewnej wygranej w tradycyjnym sieneńskim wyścigu konnym, czyli palio. Kto chce zrozumieć Sienę, od tego powinien zacząć: palio jest prawdziwym obrządkiem wyczekiwanym dwa razy do roku przez mieszkańców contrad, powodem dumy i zaciekłych międzydzielnicowych sporów. To najszczersza miłość i namiętność wpisana nie tylko do kalendarza imprez, ale także nieuleczalnie zakodowana w głowie i sercu.

Pewnego dnia zadzwonił telefon. Stefano gorąco zapraszał mnie do ponownego odwiedzenia Sieny z okazji palio. Zgodziłem się pod wypowiedzianym w żartach warunkiem, że gonitwę wygra tym razem jego dzielnica. Gdy tak się rzeczywiście stało, mój przyjazd został uznany za zrządzenie losu, bo ostatnie zwycięstwo odnieśli kilkanaście lat temu. Byłem więc już nie tylko przyjacielem, ale także zwiastunem i gwarantem powodzenia – więcej opowiadam o tym w książce „Janusz Bielecki od A do Z”.

Chodziłem z przyjaciółmi po ulicach zwycięskiej contrady i patrzyłem jak bawią się i świętują sieneńczycy. To była tak wielka i piękna radość, że jej uzewnętrznienie nie mogło zakończyć się w jednym dniu. Fiesta rozciągnięta na kilka tygodni, bogato oprawiona pokazami i paradami, nie mieściła się w głowie komuś z Północy.

Ale kiedy i ja poczułem tę euforię, jej ożywczą siłę dającą poczucie szczęścia, droga do zostania sieneńczykiem była otwarta.

Jakiś czas później zostałem właścicielem palazzo w historycznym centrum Sieny. Zabytkową kamienicę kupiłem od starego sieneńskiego rodu, który związany był z miastem od kilkuset lat. Lata doświadczeń przy restaurowaniu zabytków nauczyły mnie, jak trudne jest to zajęcie. Wymaga nie tylko pieniędzy i czasu, ale również umiejętności poruszania się w sieci przepisów i wśród tych, którzy te przepisy tworzą bądź egzekwują. Władze miasta, konserwatorzy… Gdybym patrzył na to z czysto biznesowego punktu widzenia, pewnie nigdy bym się nie podjął tego trudu. Ale ta działalność jest dla mnie przede wszystkim potrzebą serca i pasją. Owszem – staram się nadać jej jakąś bardziej lub mniej biznesową formę, ale przede wszystkim mam świadomość, że ocalam coś, co powinno być ocalone.
Dla mnie, dla ciebie, dla nas wszystkich.