Królestwo umiaru i plan niemal doskonały
Czasem myślę, że chętnie zostałbym poddanym jakiegoś królestwa umiaru – miejsca na tyle fikcyjnego, że może być przedmiotem swobodnych, nieliczących na spełnienie marzeń. Królestwo takie, rzecz jasna, nie zaistnieje w realnym świecie nigdy, gdyby bowiem miało szanse na urzeczywistnienie, natychmiast przeciw niemu wystąpiliby liczni gniewni, czyli ci, którzy umiaru nie znoszą, widząc w nim zamach na swoje wolności.
Ale ja głoszę jego pochwałę, polecając umiar każdemu, a więc i Wam, drodzy Czytelnicy.
Umiar pozwala na zachowanie równowagi, trzymanie pionu i nieodchylanie w żadną z niebezpiecznych stron.
Jest przeciwieństwem przesady. Kiedy młodzi ludzie pytają mnie, jaka cecha przyda im się w biznesie, wskazuję właśnie na umiar. Widziałem wystarczająco dużo obiecujących karier biznesowych, które załamywały się, bo ktoś przeszarżował. Bo ktoś za bardzo uwierzył w swoje siły, w swoją potęgę. Albo w drugą stronę: ileż wspaniałych inicjatyw nie rozwinęło się, bo brakło wiary w siebie. I tu, i tu powodem była przesada w jedną bądź drugą stronę.
Planuj z umiarem, korzystaj z umiarem.
Czasami coś, co jest dobre, powinno zostać dobre, bez nacisku na ulepszenie i bez ponoszenia niepotrzebnego ryzyka.
Przesadzenie w czymś, co dobre, bywa krokiem w kierunku przepaści.
Nie mylmy odwagi z szaleństwem, jak mawia mój znajomy, gdy tłumaczy fakt, że nigdy nie przeciwstawił się decyzjom swojej małżonki.
Ze wszystkim łatwo jest przesadzić. Jak to mówią: przedobrzyć.
Pamiętam pewien studencki egzamin, który kończył kurs jednego z tzw. przedmiotów politycznych. Nie bardzo miałem ochotę, by poświęcać się studiowaniu dzieł o bazie i nadbudowie, a zaostrzanie walki klas było dla mnie jak dalekie echo bajki o żelaznym wilku. Poza wszystkim: bajki kładłem tam, gdzie ich miejsce, czyli między bajki. Jednak obowiązek pozostawał obowiązkiem i w żaden sposób nie można było wspomnianego przedmiotu ominąć.
Jak tu jednak przykładać się do nauki o wiodącej roli partii, gdy każde z pojawiających się na horyzoncie zajęć jest o niebo lepsze i atrakcyjniejsze niż nuda ślęczenia nad politycznym skryptem… Coś tam jednak wiedziałem, coś sobie doczytałem… W sam raz na zdanie. Ale zależało mi na dobrej ocenie, więc postanowiłem podbić stawkę. Podjąłem decyzję, że będę przebiegły, krótko mówiąc: postawiłem na spryt.
Wiedziałem, że na egzamin wchodzi się trójkami. Tok mojego myślenia był następujący: jeśli dwaj moi, nomen omen, towarzysze będą gorzej przygotowani niż ja, na ich bladym tle moja gwiazda ma szansę rozbłysnąć i zalśnić dobrą oceną w indeksie. Po milczeniu poprzedników moja odpowiedź musi zachwycić egzaminatora. Czyż w swej prostocie nie było to genialne?
Należało wziąć się do roboty i znaleźć odpowiednie osoby.
Zrobiłem szybkie rozeznanie wśród kolegów. Ten uczył się już od dwóch tygodni, inny zaklinał się, że w najbliższe noce nie zmruży oka i to z zupełnie innych niż zazwyczaj powodów, bo jak przekonująco twierdził, egzamin ważniejszy jest od życia towarzyskiego. Co racja, to racja. Nie miałem powodów, by wątpić w ich szczerość.
Krąg kandydatów do wspólnego wejścia na egzamin malał z godziny na godzinę.
Mój plan, będący teoretycznie bez zarzutów, zaczynał powoli się kruszyć i gdyby nie przypadek, upadłby jak domek z egzaminacyjnych kart. A przypadek sprawił, że spotkałem przed uczelnią właśnie ich – dwóch kandydatów idealnych. Pierwszy miał na głowie rozgrywki ligi i niespecjalnie pasjonowała go zbliżająca się sesja, drugi był akurat zakochany, co objawiało się rozmarzonym spojrzeniem, bladością i fizyczną niechęcią do czytania czegokolwiek, może poza miłosnymi listami. Na dokładkę był naszym uczelnianym leserem, który już dwukrotnie uśmiercił całą swoją bliższą i dalszą rodzinę, by móc przesunąć termin zaliczeń. Zagadką po dziś dzień dla mnie niewyjaśnioną jest wspólne pojawienie się tych dwóch przed moimi oczami w momencie, gdy już skłonny byłem porzucić wszelką nadzieję i wejść za kilka dni do gabinetu utrapienia – bez lęku, ale i bez jakichkolwiek szans na złoty medal. Nie mieli absolutnie nic przeciwko, byśmy razem stanęli przed profesorskim obliczem. Kiedy już to się stało, pęczniałem z dumy. Mój plan realizował się punkt po punkcie ze szwajcarską precyzją. I wtedy stało się coś, czego nie przewidziałem. Profesor uznał, że skoro dwóch delikwentów nie jest w stanie wydusić z siebie niczego, co miałoby podmiot, orzeczenie i zatrącało choć trochę o podany temat, zapewne towarzyszący im trzeci kolega ulepiony jest z identycznej gliny i nie ma sensu pytać go o cokolwiek poza nazwiskiem. Najpierw wyszliśmy my, a w ślad za nami poleciały trzy indeksy. Domyślacie się, kto i jakimi ocenami je uskrzydlił. Domyślacie się również, kogo z tej trójki zżerało uczucie dojmującej niesprawiedliwości…
Ale najgorszy był żal do samego siebie.
Przeszarżowałem. Nie zachowałem umiaru, tak potrzebnego nawet w przebiegłości. Właśnie wtedy w mojej wyobraźni pojawiło się tytułowe królestwo.